Terroryzm totalny


Świat po Al Kaidzie


Terroryzm kiedyś był czymś zupełnie innym niż jest dziś. Historia tego zjawiska wyraźnie rozpada się na dwa okresy: przed pierwszym atakiem Al Kaidy i później. Dawniej mieliśmy do czynienia z terroryzmem celowym, selektywnym, obliczonym na osiągnięcie konkretnego celu, natomiast to, co dzieje się dziś, można określić mianem terroryzmu totalnego, masowego, który - warto to podkreślić - w założeniu ma być wstępem do świętej wojny. Niektórzy uważają, że ta wojna już się toczy, i nie bez pewnej racji nazywają ją Pełzającą III Wojną Światową.

Na wstępie warto zdefiniować pojęcia. Branie zakładników, których potem wymieniano na swoich żołnierzy lub na dobra materialne, jest fortelem tak starym, jak międzyplemienne konflikty o terytoria, czyli liczy sobie dobrych kilkanaście tysięcy lat, uprowadzenia nie są jednak aktami terrorystycznymi sensu stricte. Innym działaniem, często podciąganym pod pojęcie terroryzmu, jest zamach lub akcja dywersyjna. Takie sposoby są również dobrze znane z historii, albowiem na przestrzeni dziejów często posługiwano się trucizną lub sztyletem, aby usunąć niewygodną osobę, a niszczenie mostów i inne działania sabotażowe na tyłach terytorium zajętego przez wroga były z dobrym skutkiem realizowane zapewne od czasów, w których wybuchła pierwsza wojna w dziejach ludzkości.

Terrorysta Współczesny terroryzm, ale jeszcze ten sprzed Al Kaidy, narodził się wraz z demokracją. Kiedyś monarcha absolutny niedługo by się cackał z harcownikami, co to wzięli w karczmie Bogu ducha winnych kmieci za zakładników, żądając wypuszczenia kamratów z lochów - wraz kazałby karczmę podpalić, a lochy przy tej okazji zatopić. Dziś istnieje opinia publiczna, lud, obywatele, i taki krewki monarcha (czytaj: prezydent), który by się nie przejął losem niewinnych kmiotów (czytaj: zwykłych obywateli), a także nie respektowałby słusznych praw więźniów (czytaj: bandziorów), szybko by się pożegnał z urzędem, a jego partia z pewnością nie wygrałaby następnych wyborów. Na marginesie należy dodać, że nie dotyczy to Rosji, w której dawniej car, a dziś prezydent zyskuje tym większe poważanie, im większą siłę zademonstruje, a ilu ludziprzy tym zginie, jest sprawą drugorzędną. Wracając do spraw globalnych można więc powiedzieć, że współczesny terroryzm jest dzieckiem naszych czasów.

Klasyczne działanie terrorystyczne jeszcze kilka lat temu polegało na stworzeniu najwyższego zagrożenia, czyli zagrożenia życia, w jakiejś odizolowanej enklawie, w której przebywała możliwie duża grupa przypadkowych obywateli, z którymi każdy z nas mógł się identyfikować i im współczuć. A więc najczęstszym miejscem tego rodzaju akcji był samolot pasażerski w trakcie rejsu, bo odizolowanie jest wtedy doskonałe, a zagrożenie w następstwie spełnienia groźby, np. oddania strzału czy detonowania granatu, niewspółmiernie wielkie wobec podobnych akcji na ziemi. Taka ekstremalna sytuacja na pokładzie samolotu spełniała kolejne dwa warunki klasycznej akcji terrorystycznej: była rozciągnięta w czasie i mogła zostać nagłośniona na cały świat. Trwanie gry nerwów pozwalało na negocjacje, a towarzyszący im rozgłos był warunkiem sine qua non. Często dopiero przy okazji szerokiego kolportowania informacji o trwającym spektaklu grozy światowa opinia publiczna po raz pierwszy dowiadywała się o istnieniu np. organizacji "Czerwona pięść", walczącej o sprawiedliwość dla społeczności uciśnionych przez imperialny rząd (bo żadna akcja nie była adresowana przeciw jakiemukolwiek narodowi, lecz zawsze przeciw jego rządowi). Konkluzja jest następująca: akcja terrorystyczna była rodzajem darmowej reklamy, która gwałtem przebija wszystkie inne tematy we wszystkich pasmach informacyjnych i bez zwłoki wchodzi do mass-mediów o najwyższej oglądalności. Jasne, że nic nie ma darmo, bo ceną było zdrowie i życie zakładników, ekip policyjnych i samych desperatów, ale ci desperaci w gotówce wykładali niewiele, zwłaszcza w porównaniu z astronomicznym kosztem równoważnej reklamy, która byłaby zlecona komercyjnie i zgodnie z prawem.

Przy okazji można było dodatkowo coś utargować, np. uzyskać zwolnienie kamratów z więzień. Okupu zwykle nie żądano, bo takie posunięcie w dużym stopniu zniweczyłoby obraz ideałów organizacji, która została zmuszona do sięgnięcia po ostateczne środki. Kolejnym celem było zrobienie kłopotu politycznemu przeciwnikowi, czyli zwykle rządowi jakiegoś państwa, bo ów rząd był postawiony wobec problemu: jak wyjść z impasu tak, żeby nie popsuć sobie społecznych notowań.

Dziś jest inaczej, bo w epoce alkaidowskiej nie prowadzi się pertraktacji. Chodzi jedynie o to, aby spowodować możliwie dużą katastrofę, w której zginie jak największa liczba przypadkowych osób. Często nie do końca wiadomo, jaka organizacja stoi za zamachem, lecz po masowych skutkach można wnioskować, że jest to Al Kaida lub jakaś grupa z nią stowarzyszona. Koszt takich akcji nie jest wielki, wystarczy podrzucić w pociągu walizkę z materiałem wybuchowym, lub użyć samolotu zamiast rakiety bojowej. Skuteczność podnosi powszechnie stosowana technika samobójczej śmierci zamachowców, którzy wierzą, że ofiara z życia da im wstęp do muzułmańskiego raju.

Przyczyny i cele


Poszukując głębokich korzeni totalnego terroryzmu docieramy do desperackiego sprzeciwu wobec supremacji ekonomiczno-kulturowej cywilizacji Zachodu. Jak każda kultura na wysokim poziomie rozwoju, o dużych możliwościach technologicznych, a do tego ekspansywna, cywilizacja europejsko-północnoamerykańska ogarnia wpływami cały świat. Rosja, Japonia, a nawet w pewnym stopniu Chiny znalazły się już dawno w zasięgu jej oddziaływania, a inne, uboższe państwa w nieunikniony sposób popadają w coraz głębszą zależność. W pierwszej kolejności decydują czynniki ekonomiczne, a potem zaczynają się wpływy w dziedzinie kultury, jak napływ wszelkiego rodzaju dóbr konsumpcyjnych, przejmowanie wzorców i stylu życia itd.. Zbyt szybkie zmiany budzą odruch buntu, a szczególnie silny konflikt powstaje na styku zachodniej demokratyczno-libertyńskiej filozofii i surowej ortodoksyjnej doktryny religijnej, np. reprezentowanej przez muzułmański szariat. Ponieważ ubogi trzeci świat nie jest w stanie powstrzymać ekspansji Zachodu stając w szranki współzawodnictwa ekonomicznego i kulturowego, pozostaje droga rewolucyjna - ilustracją takiej drogi są wydarzenia w Iranie. Krańcowo radykalnym sposobem walki są bezpośrednie uderzenia na rozwinięte państwa zachodnie, a więc terroryzm Al Kaidy.

Chociaż terroryzm totalny zaczął się kilka lat wcześniej, światowa opinia publiczna, w tym politycy, w pełni zdali sobie z powagi sytuacji dopiero po 11 września 2001 roku, kiedy zaatakowane zostały wieżowce World Trade Center i zginęło około trzech tysięcy ludzi. Okazało się, że wróg nie ma żadnych zahamowań moralnych: straty po stronie przeciwnika powinny być jak największe, i to samo w sobie jest doraźnym celem. Jeśli dałoby się użyć broni, zdolnej do zniszczenia całej nowojorskiej metropolii, albo nawet kilku miast podobnej wielkości, tym lepiej dla sprawy. Wynika stąd następny wniosek - w tym starciu nie obowiązują żadne układy międzynarodowe, zasady oszczędzania ludności cywilnej itd., chodzi o spowodowanie jak największych strat, głównie przypadkowych ofiar.

Osama bin Laden Przy takiej diagnozie prognozy są, niestety, dość pesymistyczne. W dobie coraz doskonalszych broni obszar rażenia przy realizowaniu zamachów będzie wzrastał Dziś ulubioną bronią totalnych terrorystów są duże ilości materiału wybuchowego, jutro może to być wiele ładunków punktowych, precyzyjnie rozmieszczonych na dużym obszarze, np. hali dworcowej, supermarketu czy stadionu sportowego. Oprócz niszczącego wpływu fali uderzeniowej należy obawiać się rozpylenia w ten sposób trucizny, gazu, zarazków czy toksyn, a także izotopów radioaktywnych. Największym zagrożeniem wciąż pozostaje walizkowa bomba jądrowa, albo bomba latami konstruowana w piwnicy jakiejś kamienicy czynszowej w centrum miasta. Nie wątpię, że za kilka czy kilkanaście lat urzeczywistnienie takiego pomysłu będzie możliwe, zwłaszcza w kontekście coraz częstszych doniesień o pokątnym handlu technologiami nuklearnymi. Wtedy "bojownicy" z całą pewnością nie zawahają się przed naciśnięciem spustu, i dopiero w tym momencie wszyscy doznają kolejnej iluminacji - że właśnie trwa najprawdziwsza wojna! A tak naprawdę ta wojna zaczęła się już dawno temu.

Następstwem ataku na WTC stały się dwie wojny - w Afganistanie i Iraku. Co będzie, gdy Al Kaida w zamachu terrorystycznym zdetonuje bombę jądrową? Sytuacja rozwinie się stopniowo. Ponieważ nie będzie żadnego konkretnego wrogiego państwa, a nawet celu do ataku, rakiety z głowicami jądrowymi - przynajmniej na początku - pozostaną w silosach, za to rozpocznie się masowe polowanie na członków organizacji ekstremistycznych. Akcja zostanie przeprowadzona na całym świecie przez jednostki specjalne, siły szybkiego reagowania, a także policję prawie wszystkich państw, także arabskich - w powstałej sytuacji odmowa współpracy ze strony jakiegokolwiek rządu byłaby niezwykle ryzykowna. Nie mam wątpliwości, że w tym starciu prawa człowieka nie będą przestrzegane, i zginie wielu niewinnych ludzi, jak zresztą w każdym konflikcie. Dopełnieniem działań zbrojnych stanie się coraz ściślejszy izolacjonizm państwowy, niweczący tendencje globalistyczne, a także inwigilacja wewnątrzpaństwowa typowa dla stanu wojennego, przybierająca szczególnie ostre formy wobec mniejszości muzułmańskich.

W tym miejscu powinienem postawić kropkę i przejść do następnej kwestii, lecz nie będę tak poprawny i odmaluję najczarniejszy scenariusz, który - mam nadzieję - nigdy się nie urzeczywistni. Może się zdarzyć, że powyższe środki nie doprowadzą do celu, czyli do likwidacji organizacji ekstremistycznych typu terrorystycznego. Wtedy, w następstwie kolejnych masowych zamachów, zapewne dojdzie do desperackich, mało sensownych akcji militarnych mocarstw światowych przeciw państwom, podejrzanym o ciche tolerowanie skrajnych organizacji na swoim terytorium. To z kolei sprowokuje wojnę totalną, w której musi zostać odrzucone humanitarne podejście i wszelka poprawność polityczna. Państwa Zachodu będą walczyły o przetrwanie, a w takiej wojnie wszystkie chwyty są dozwolone. Status prawa zyska zasada: z wrogiem walcz jego własną bronią. Ceną będzie śmierć dziesiątków, a może i setek milionów niewinnych ludzi, a kolejne miliony zginą od chorób popromiennych. Potym wszystkim ukonstytuuje się nowy porządek światowy, i dzisiejsi ekstremiści zapewne liczą na korzystne dla siebie zmiany. Przypuszczalnie się przeliczą, ale niesposób przewidzieć, jak będzie wyglądał świat po apokalipsie. Z pewnością inaczej niż dziś.

U progu XXI wieku


Dziś mamy do czynienia ze sprawdzaniem różnych koncepcji walki i obrony, więc jesteśmy w okresie formowania się strategii. Atak terrorystów najczęściej polega na wjechaniu ciężarówką, naładowaną trotylem, w obręb celu i na samobójczym zdetonowaniu ładunku. Zamiast samochodu może być użyta łódź albo samolot, którego nie trzeba detonować, bo sam wybuchnie. Pewną odmianą tej koncepcji jest pozostawienie ładunków w miejscu publicznym i zdalne ich zdetonowanie w odpowiedniej chwili albo spowodowanie eksplozji przenoszonych na sobie bomb, w czym celują Palestyńczycy. Mogą także być użyte mikrobomby, np. ukryte w podeszwie buta, które w zupełności wystarczą do uszkodzenia i spowodowania katastrofy samolotu. Zagadkowa eksplozja jednego z boeingów zaraz po starcie z Nowego Jorku raczej nie była spowodowana "prądami powietrza" po przelocie innej maszyny, jak oficjalnie tłumaczono, ale właśnie takim mikrowybuchem.

WTC płonie W roku 2003 nastąpiła na świecie cała seria awarii gigantycznych sieci energetycznych. Zaczęło się w USA i Kanadzie, potem kolejno chyba były: Anglia, Skandynawia i południowa Europa. Trudno uwierzyć, że takie potężne awarie, które w pewnym okresie występowały regularnie co dwa tygodnie, zawsze były dziełem przypadku, jak uderzenia piorunów czy nieprzewidziane przeciążenia sieci, tym bardziej, że przez wiele lat przedtem nic takiego nie wystąpiło, a pechowa seria raptem urwała się po "efekcie domina" we Włoszech i Francji. Z drugiej strony nie dziwię się, że pewne informacje pozostają poufne, bo wtedy sukces zamachowców jest mniejszy, a ponadto nie wywołuje się niepotrzebnej paniki. Jak naprawdę było, nie wiadomo, jednak przypominam powyższe wydarzenia jako ilustrację, jak szeroko zakrojone mogą być działania terrorystyczne.

Trend do globalizacji i wprowadzanie usprawnień w przemieszczaniu się ludności bardzo ułatwił akcje Al Kaidzie. Szczególnie trudna jest sytuacja w Stanach Zjednoczonych, których ludność w dużym stopniu składa się ze "świeżych" imigrantów, i których polityka rozwojowa programowo wykorzystuje napływ wykwalifikowanych pracowników z zewnątrz. Co prawda społeczność muzułmańska w USA jest w pewnym stopniu "oswojona", zadomowiona we względnym dobrobycie, w większości nieprzekonana do niszczenia systemu, w którym żyje się im zupełnie dobrze. Tym niemniej ideowi fanatycy znajdą się w każdej grupie społecznej, a takich trzeba naprawdę niewielu, aby w dzisiejszych czasach spowodować apokalipsę. W zamkniętych i trudnych do inwigilacji lokalnych społecznościach etnicznych agresorzy mogą zyskać poparcie, a to stanowiłoby początek rozsadzania od wewnątrz porządku państwa. Niewiele lepiej jest w Anglii, Francji czy Niemczech, które to państwa posiadają ok. 10%-owe mniejszościowe społeczności etniczne, w dużej części muzułmańskie. Pod tym względem Polska i cała Europa Wschodnia jest w znacznie lepszej sytuacji.

Warto podkreślić, że w dzisiejszych czasach terroryzm totalny także podlega procesom globalizacji, powstają ponadnarodowe korporacje zbrojne. Nie jest ważne, z jakiego państwa pochodzisz, ważne są idee, które wyznajesz. Do wojny z takimi ugrupowaniami, czy w przyszłości armiami, nie nadają się samoloty, rakiety i bomby jądrowe, bo nie bardzo wiadomo, gdzie i na kogo za pomocą takiej broni uderzać.

Antidotum


W obecnej sytuacji politycznej zagrożenie atakiem nuklearnym ze strony wrogiego państwa jest mało realne, ale to może się zmienić, zwłaszcza w przypadku zrealizowania zamachu terrorystycznego na wielką skalę. A więc nie należy zaniedbywać prób nad "parasolem nuklearnym", jednak największą uwagę trzeba poświęcić możliwym uderzeniom ze strony totalnego terroryzmu.

Najprostszym wyjściem byłby powrót do izolacjonizmu państwowego. Jak wynika z dochodzeń, prowadzonych po już przeprowadzonych zamachach masowych, terroryści infiltrują państwa zachodnie z zewnątrz, przygotowują się, przez kilka miesięcy lub nawet lat, utrzymując ścisłe kontakty z zagranicznymi ośrodkami dowodzenia, a dopiero potem uderzają. Gdyby ich nie wpuszczać, teoretycznie sprawa byłaby załatwiona. Ale jak tego dokonać?

Po pierwsze, izolacjonizm kłóci się z globalizmem i nieskrępowanym przemieszczaniem się siły roboczej. Po drugie, nawet jeśli ograniczyć lub w ogóle zawiesić ruch graniczny dla Arabów i innych narodowości muzułmańskich, zawsze istnieje możliwość podrobienia dokumentów, podróży islamskich rezydentów lub zwykłego przekupstwa rdzennych obywateli, np. z kręgów przestępczych. Na pewno polityka izolacjonizmu silnie ograniczyłaby napływ potencjalnych zamachowców i ułatwiła kontrole podróżnych, ale pełny izolacjonizm nie jest możliwy do zrealizowania. Bo przecież wystarczy kilku desperatów...

Ważnym sposobem obrony jest doskonalenie oraz upowszechnianie inwigilacji. Problem w tym, że codziennie wznoszą się w powietrze tysiące samolotów i trudno je wszystkie dobrze kontrolować, a terroryści atakują także autobusy, pociągi i dworce. Mimo wszystko rozwija się nowe techniki wykrywania niebezpieczeństwa - z pomocą przychodzi nauka.

Zapewne już niebawem wprowadzi się powszechną ewidencję ludności światowej, i to nie tylko opartą na identyfikacji według wyglądu i odcisku linii papilarnych palców, lecz także wzoru tęczówki oka, a przede wszystkim - sekwencji DNA. Można więc będzie wyeliminować problemy wynikłe z podrabiania dokumentów, lecz nadal nic nie będzie wiadomo o intencjach wjeżdżającego. Taki człowiek, jeśli dotychczas nie popełnił żadnego przestępstwa, zostanie wpuszczony do kraju, a potem może zakupić materiał wybuchowy, spowodować katastrofę lub zatruć wodociągi. Aby do tego nie dopuścić, należy w odpowiednich miejscach rozmieścić kamery i czujniki. Oto kilka przykładów takich urządzeń.

Lidar Wiadomo, że tresuje się psy do wykrywania narkotyków i materiałów wybuchowych, bo psi nos jest doskonałym detektorem nawet najsłabszych zapachów. Mniej wiadomo o sztucznych "nosach" - jednym z nich jest ultraczuły przenośny spektrometr masowy. W użyciu jest kilkanaście rodzajów materiałów wybuchowych, tzw. wysokoenergetycznych związków, a każdy z nich ma swój zapach, czyli wydziela do atmosfery określone połączenia chemiczne. Dla nas, ludzi, może ów związek być bezwonny, bo nie wykazuje powinowactwa do naszych komórek węchowych, ale przyrząd wykryje wydzielane przezeń cząstki nawet w minimalnym stężeniu. Spektrometr nastawiony jest selektywnie na typowe materiały wybuchowe, a jego czułość może przewyższać nawet wrażliwość psiego nosa. Poza tym pracy urządzenia niemogą zakłócić perfumy czy inne pachnące materiały, jest nadal tak samo selektywny. Wystarczy więc, że strażnik przeniesie działające urządzenie koło walizki z trotylem czy plastikiem, żeby zawyła syrena.

Inaczej działa laserowy lidar (na zdjęciu obok) - wiązką spójnego promieniowania "obmacuje" podejrzane pojemniki, choćby zatopione szklane bańki, a promienie wnikają do ich wnętrza i po odbiciu wracają do urządzenia, gdzie widmo substancji porównywane jest z biblioteką danych. Ponieważ biblioteka zawiera rejestr widm dziesiątków tysięcy związków, komputer natychmiast porówna i pokaże, co znajduje się w podejrzanym bagażu.

Jeszcze inaczej wykrywa się szmuglowane osoby w ładowniach samolotów czy bagażnikach samochodowych. Istnieją superczułe aparaty podsłuchowe, które, przystawione do karoserii czy powłok poszycia samolotu bądź statku sprytnie wycinają wszelkie przypadkowe hałasy, a analizują tylko miarowe odgłosy o charakterystyce typowej np. dla bicia serca. Żadna istota nie jest w stanie wstrzymać pracy serca, a aparat jest tak czuły, że przystawiony do śmieciarki wykrywa nawet obecność myszy pożywiającej się w jej wnętrzu.

Pośród tych kilku przykładów warto jeszcze wymienić detektor promieniowania jonizującego, który powinien bez trudu namierzyć każdy radioizotop, a więc również materiały rozszczepialne. Instrument jest tak czuły, że wykrywa nawet pacjentów poddanych poprzedniego dnia naświetlaniu izotopami.

Jak widać, analiza fizykochemiczna przychodzi w sukurs prewencyjnym działaniom antyterrorystycznym, ale to nie wystarczy. Wydaje się, że nie unikniemy powszechnej inwigilacji, i żadne protesty obrońców praw obywatelskich nic nie pomogą. Przypuszczam, że ludzie w przeważającej większości dobrowolnie poddadzą się dyskretnej obserwacji w zamian za istotne zwiększenie bezpieczeństwa. Coś za coś, nie ma rady. Przykładu dostarczyli Amerykanie - pod koniec XX wieku Nowy Jork był miastem o bardzo wysokiej przestępczości, dziś jest jednym z bezpieczniejszych miejsc. Tamtejsza policja bardzo zintensyfikowała aktywność, często operując na samej granicy prawa, w wyniku czego "stwory mroku" wycofały się do podziemi. Nie mogło to wszystko zadziałać bez aprobaty społeczeństwa, które zaakceptowało mniejsze zło, a więc np. częste blokady ulic i niespodziewane kontrole, ale było to znacznie lepsze niż wcześniejsze bezprawie.

Karta Już dziś jesteśmy śledzeni poprzez lokalizację użycia kart kredytowych, rozmowy telefoniczne, imienne zakupy w sklepach i Internecie, kupno biletów czy wczasów. Na ulicach i w sklepach nasze poczynania uważnie obserwują oczy kamer. Bez trudu można sobie wyobrazić, że na chipy zatopione w naszych dokumentach identyfikacyjnych, kartach czy biletach będą reagowały rozmieszczone wszędzie skanery, na bieżąco nie tylko ustalając miejsce pobytu, ale także zapisując rozmowy. Podobne funkcje może spełnić elektroniczny plaster, przylepiony na karku zagranicznego turysty, reagujący na jego DNA i wszczynający alarm po oderwaniu.

I ty będziesz inwigilowany, obserwowany w najbardziej intymnych scenach, podsłuchiwany, a listy twoich zakupów będą przeglądane. Przy wsiadaniu do samochodu lidar umieszczony w parkomacie zbada ci promile alkoholu we krwi, zanalizuje DNA, przeszuka torby i skontroluje bagażnik. Po czym albo pozwoli jechać, albo zablokuje stacyjkę.

Za to ty i twoi ziomkowie będą bezpieczniejsi, a państwo - być może - nie pogrąży się w chaosie. Chyba że kiedyś dopadną cię swojacy, walczący o lepszy światowy porządek. Niestety, współczesny świat dryfuje w kierunku świadomego, akceptowanego ograniczania wolności, typowego dla stanu oblężenia. My, indywidualne jednostki, nie mamy na ten proces w zasadzie żadnego wpływu.

 



blog comments powered by Disqus