Autoewolucja człowieka - czy Darwin przewraca się w grobie?

Autor: Andrzej Zimniak
15 września 2009

Ewolucjoniści twierdzą, że człowiek już dawno stał się "zwierzęciem hodowlanym", innymi słowy - hodujemy sami siebie według własnych potrzeb. W dzisiejszych czasach coraz bardziej pragmatycznie przyglądamy się swoim garniturom genowym. Czy czekają nas czasy "człowieka na zamówienie"? I czy będą to dobre, czy złe czasy?

Jednodniowy tygrys

Na początek popuśćmy wodze fantazji. Czy już wkrótce będziemy robić sobie piercing na tygrysa albo czarną panterę? Gdyby tak można było coś łyknąć na noc albo dać się interaktywnie przeskanować w gabinecie cyberkosmetycznej odnowy, i po nocy spędzonej w lekkiej narkozie powstać jako byk z łapami lwa, w postaci zjeżonej czarnej pantery z żółtymi świecącymi ślepiami, albo z dwumetrowymi barami tygrysa i wąsatą twarzą w żółte i czarne pasy - do wyboru... Osobiście uważam, że taki "gen-lifting" byłby znacznie lepszym rozwiązaniem niż dziurawienie policzków czy kolczykowanie penisów. Jednak nie martwcie się na zapas, bo te wszystkie somatyczne upiększenia przeminęłyby w kilka godzin, a najwyżej dni, podobnie jak działanie kremu nawilżającego, bez śladów na ciele i zapewne na duszy, wszak byśmy zdążyli przywyknąć do takich ekstrawagancji.

Czy takie zabawy naprawdę będą możliwe? Nie sądzę, aby były dokładnie takie, bo prognozować szczegółów wszak nie potrafimy, ale jestem przekonany, że wiele jeszcze dziwniejszych rzeczy będziemy robić z własnymi ciałami. Dalej przedstawię kilka nieco bardziej realnych możliwości, jednakże należy pamiętać, że są to tylko możliwości.

Wujaszek Darwin

[źródło obrazka]

Wedle naukowego punktu widzenia nasz fenotyp, czyli ogólnie mówiąc postać organizmu, powstaje w łańcuchu ewolucyjnych przemian. Jak wiadomo, teorię ewolucji pierwszy sformułował Karol Darwin. Warto przypomnieć, że w 2009 roku przypadają dwie ważne rocznice: dwusetna rocznica narodzin Darwina (który urodził się w 1809 r.), oraz sto pięćdziesiąta rocznica wydania jego dzieła "The Origin of Species by Means of Natural Selection [O pochodzeniu gatunków na drodze selekcji naturalnej]" (Darwin, 1859).

Postawmy ważne pytanie: czy możemy sami siąść za kółkiem, to znaczy przejąć stery od wielkiej, choć ślepej matki-rządzicielki? Wiele wskazuje na to, że owszem, a niektórzy nawet twierdzą, że stało się to już dawno temu, od kiedy człowiek postawił pierwszą chatę i trzcinową ścianką odgrodził się od otoczenia.

Na czym właściwie polega ewolucja? Ujmując myśl Darwina tak lapidarnie że aż nieco kolokwialnie, jest to wczesne i selektywne umieranie. Celem jest to, aby osobnik gorzej przystosowany zmarł młodo i nie zdążył przekazać swoich nietrafionych cech potomstwu. Mówiąc wprost: żeby odszedł z tego padołu jeszcze przed "pierwszym razem". Na tym polu mocno się ewolucji sprzeciwiamy, np. przez ratowanie chorych bądź upośledzonych niemowląt i dzieci. Niektórzy genetycy biją na alarm, że nasz gatunek przez to wyrodnieje, ludzie więcej chorują, kobiety mają coraz więcej problemów z donoszeniem płodu, powszechnie cierpimy na alergie, itd., itp. Pewnie mają trochę racji, choć powody mogą też być inne, jak np. chemizacja środowiska - nikt nie wie, które czynniki są najgroźniejsze. Mimo wszystko średnia długość życia wzrasta, więc nie jest aż tak źle. Głównie pomaga nam parasol cywilizacyjny, izolujący człowieka od wpływów środowiska, w tym biotopu, czyli środowiska biologicznego. Człowiek już od dawna stał się gatunkiem hodowlanym, hodującym samego siebie. Jednak ta hodowla polega głównie na ochronie stada, a nie na doborze cech.

Cyfrowa swatka

[źródło obrazka]

Jak wspomniałem, standardową zagrywką ewolucji jest wczesna śmierć, ale ten atak nieraz da się uprzedzić i skontrować. Ginekolodzy na podstawie statystyki, a więc nie bez racji twierdzą, że kobieta i mężczyzna, podobający się sobie od pierwszego wejrzenia, będą mieli zdrowe dzieci. Można więc tak wystartować do prokreacji, żeby uprzedzić kostuchę i nie dać jej wielkich szans. W przyszłości rzecz będzie jednak polegała nie na działaniach intuicyjnych, np. "ten wysoki blondyn jest super" albo "ma kuperek jak eklerek", ale bardziej na świadomym komponowaniu konkretnych cech, bo tego dotychczas brakło w człowieczej hodowli. Trzeba dodać, że dobieranie cech stosowaliśmy szeroko w hodowlach roślinnych i zwierzęcych, zaś ludzie raczej unikali tego typu rozwiązań jako ograniczających wolność jednostki. Były też niesławne próby wprowadzenia eugeniki, polegające zakazie prokreacji względem ludzi arbitralnie uznanych za gorszych.

Nadchodzi jednak nowa era i nowe rozwiązania. Jak sądzę, człowiek nie zdoła oprzeć się pokusie i skorzysta z nowych możliwości świadomego wyboru cech zarówno potomstwa, jak i małżonka. Przewiduję więc tryumfalne wejście do gry cyfrowej swatki.

To takie proste: jedno kliknięcie i już jesteś na stronie Geniusz matrymonialny, Małżeński ekspres czy Namaluj sobie żonkę. Wczytujesz swojego chipa i program online natychmiast dokonuje superselekcji, chroniąc twoje dziecko nie tylko przed takimi diabelstwami, jak anemia sierpowata czy mongolizm, ale także przed alergią na kurze białko, katarem siennym i daltonizmem. To na starcie, domyślnie; potem możesz zastrzec, żeby synek nie był alkoholikiem, nie wyłysiał przed pięćdziesiątką, miał zdolności muzyczne, był szczupłym blondynem o miłej aparycji i wygrywał na giełdzie. Wbrew pozorom, ostatni postulat nie zostanie odrzucony, lecz zostanie przerobiony na odpowiedni zespół cech, jak skłonności do analizy ze szczyptą hazardu, zdolności matematyczne i zainteresowania ekonomiczno-społeczne. Oczywiście wszystko w oszacowanych granicach prawdopodobieństwa. W kolejnym kroku przyjdzie pora na określenie cech partnera czy partnerki, a potem pozostanie już tylko wizja lokalna i wspólny wyjazd na wczasy, bo pewne sprawy zawsze wychodzą na jaw dopiero "w praniu".

W ten prosty sposób zyskaliśmy atut nie do przecenienia: wykiwaliśmy ewolucję. Albo inaczej: ślepej ewolucji nie tylko przywróciliśmy wzrok, ale zafundowaliśmy okulary i poprowadziliśmy ją za rączkę. No, powiedzmy, że spróbowaliśmy, bo jednym przypadku trafimy "w dziesiątkę", w innym precyzja doboru cech okaże się znacznie gorsza. A to dlatego, że na tym etapie działanie będzie w pełni statystyczne: genetycy matrymonialni (tak, powstanie taka specjalizacja) stosując specjalistyczne programy sprzężone z potężnymi bazami danych określą, jakie cechy powinno mieć dziecko pani X i pana Y. A więc jedynie dobór będzie wspomagany cyfrowo, zaś cała reszta przebiegnie w klasyczny sposób.

Druga generacja - tasowanie talii genów

[źródło obrazka]

Takie dobieranie w parki to jednak małe piwo, to zupełne nic w porównaniu z kreatywnością genetyczną, na którą prędzej czy później przyjdzie pora. Garnitur genowy można porównać do książki kucharskiej z przepisami, gdzie każda potrawa oznacza odrębny gatunek. Wystarczy zmodyfikować przepis, żeby potrawa nabrała innego smaku, a organizm został subtelnie zmieniony.

Wtedy nadejdzie moda na gotowce. Każdy zechce przedłużyć istnienie własnych genów, ale żeby tak coś dodać, ulepszyć, podliftować - czemu nie? Nawet chętnie - trochę wyciągnąć pęcinkę, zmniejszyć obwód kolana, wciąć talię choćby o kilka centymetrów. Albo powiększyć biceps, dodać marsa na czole, poprawić refleks. Przydać inteligencji, sprytu, talentów. W pewnym okresie najwyższe rynkowe ceny osiągną gotowe zestawy cech, skopiowane od aktorek, prezenterów telewizyjnych, laureatów Nobla, sportowych mistrzów, bohaterów narodowych albo zwycięzców teleturniejów i herosów reality-shows. Nie żeby zaraz wszystko kopiować, wszak - jak wspomniałem - nasze samolubne geny nie dadzą się zepchnąć na zupełny margines, ale uszlachetnimy nasze dzieci w stopniu kontrolowanym i ze wszech miar pożądanym. Oczywiście pod warunkiem, że wszystko wyjdzie tak jak trzeba.

Jak to będzie robione? Nic prostszego pod słońcem - w laboratorium kosmetyki pronatalistycznej wypreparuje się od znanego aktora zestaw genów korespondujący z jego filmową urodą i podmieni się nań nasz własny, odpowiedzialny za krzywą szczękę, bulwiasty nos i krosty na czole. Materiał załaduje się do gamet, czyli komórek rozrodczych, aby cechy były dalej dziedziczone w kolejnych pokoleniach. Rzecz jasna sprawy nie są tak proste i trzeba wiedzieć, że za jedną cechę może odpowiadać szereg genów, albo kilka cech jest kreowanych przez jeden gen, ponadto oprócz genów kluczową rolę odgrywają białka, które genami sterują. Jeśli porównałem zapis genowy do książki kucharskiej, to białka można porównać do gospodyni, wprowadzającej przepis w życie. Jednak dla uproszczenia pozostańmy przy haśle "geny".

Co się jednak stanie, jak coś nie wyjdzie? Przepis okaże się zły, błędny, albo gospodyni zapatrzy się w okno? Cóż, wtedy wkroczy ewolucja ze swoją nieodłączną pomocnicą, uzbrojoną w czarną kosę. Jednakże do czasu - schowani za grubymi ścianami cywilizacyjnych habitatów nauczymy się utrzymywać przy życiu nawet mniej udane egzemplarze. Ich rozmnażanie też będzie możliwe, bo w przyszłości wystarczy pobrać kilka komórek naskórka, żeby wyprodukować gamety. Pytanie, czy ktoś zechce powielać twory nieudane, ale możliwość taka będzie. Tak czy inaczej, ewolucyjny etat kostuchy, polegający na eliminacji gorzej przystosowanych osobników zostanie w zasadzie całkiem zlikwidowany, choć rzecz jasna pozostanie ona zatrudniona w pełnym wymiarze w swoim drugim stałym miejscu pracy, czyli przy przeprawie przez Styks. Nie sądzę, aby drobne w gruncie rzeczy modyfikacje genetyczne mogły prowadzić do znacznego wydłużenia życia czy wręcz nieśmiertelności.

Wracając do ewolucji można powiedzieć, że zmieni ona nazwę z eliminacyjnej na antycypacyjną. Śmiercionośna kosa nie będzie już zbierać nieudaczników, ponieważ znajdą się oni pod ochroną cywilizacyjnej techniki, ale za to ludzie staną przed arcytrudnym zadaniem: sami będą musieli określić, jakie cechy są korzystne, a jakie lepiej usunąć. Mogą się pomylić, ale wtedy szczęściem w nieszczęściu będzie fakt, że ewolucja sterowana okaże się bardzo szybka, o rzędy wielkości szybsza niż naturalna. A więc, przynajmniej teoretycznie, łatwiej przyjdzie wrócić na właściwy kurs.

Homo cosmicus

[źródło obrazka]

Kolejnym, jak sądzę nieuniknionym krokiem będzie genetyczna stwórczość, czyli tworzenie organizmów o zupełnie nowych, dotychczas nieistniejących cechach. Na początek zaczniemy pożyczać cechy od innych gatunków, a nawet typów organizmów, a potem bioarchitekci opracują i wypróbują zupełnie nowe cechy, można określić je jeko "sztucznie zaprojektowane". Przykłady? Proszę bardzo: cechą pożyczoną może być asymilujący chlorofil w ludzkiej skórze, a cechą nową - czerpanie energii życiowej z twardego promieniowania jonizującego, np. kosmicznego lub gamma, albo zespół cech pozwalający na przeniesienie życia w przestrzeń kosmiczną.

Zapożyczanie cech stosujemy już dziś, np. przy produkcji cennych leczniczych białek metodami inżynierii genetycznej. Na przykład do genomu bakterii podczepia się gen kodujący ludzką insulinę i z fermentacyjnej kadzi już można izolować tę potrzebną do terapii substancję. Wiadomo, że jaszczurce odrasta urwany ogon - tę cechę z pewnością można przenieść na człowieka, żeby kończyny mogły ulegać regeneracji. Podobnie zęby - raz nam odrastają, czemu nie spowodować, aby proces powtarzał się kilka razy? Dziś eksperymentujemy z komórkami macierzystymi, ale być może znajdziemy taką metodę genetycznej stymulacji, aby organy regenerowały się w sposób ciągły, przeciwdziałając procesom starzenia. Nasuwa się podstawowe pytanie: dlaczego ewolucja nie wykorzystała tych cech u ludzi, skoro są one w zasięgu biologicznych możliwości? Odpowiedź jest prosta: nie było takiej potrzeby. Ba, długowieczność byłaby z pozycji klasycznej ewolucji wręcz szkodliwa, bo ograniczyłaby eliminację słabszych jednostek. Tak, moi drodzy, ewolucja to okrutna pani, stosująca środki ostateczne. Pytanie, czy człowiek ze swoim empatycznym podejściem będzie w stanie osiągnąć przynajmniej równie dobre rezultaty w kształtowaniu i utrzymywaniu życia?

Co stanie się z ludzkością, która zacznie kreować nie tylko otaczający ją biotop, ale także własny fenotyp i, co za tym idzie, w końcu także swoją mentalność? Można przewidzieć, że pierwszym skutkiem będzie silne zróżnicowanie w obrębie gatunku. Z pewnością powstaną społeczności podobnych osobników, które będą tworzyły enklawy. Kolonie zasiedlające kosmos staną się już odrębnymi gatunkami człowieka Homo cosmicus. A może ingerencja w ludzki genotyp, czyli szyfr kodujący nasze organizmy, będzie oznaczała początek końca człowieka?

Trudno wyrokować w tej sprawie, zbyt wiele jest niewiadomych. Nie wolno nam antycypować liniowo, nie uwzględniając przyszłych wynalazków - a to jest wszak niemożliwe. A więc tego rodzaju przewidywanie musi siłą rzeczy ograniczyć się do subiektywnych opinii. Moja opinia jest optymistyczna - uważam, że ślepa acz celowa ewolucja po to właśnie doprowadziła nas do możliwości autokreacji, żebyśmy z nich skorzystali. Uważam, że aby przetrwać miliony lat na Ziemi, a potem pożeglować w nieprzyjazny kosmos, musimy wziąć swoje sprawy w swoje ręce.



blog comments powered by Disqus