Recenzja - "Kwintet z Cambridge"
Czym się różni nauka "zwykła" od popularnej? Na pierwszy rzut oka nie dostrzegamy dużych różnic. Sztuka jest sztuka, że zacytuję kultowy polski film. Czasem, w konkretnych przypadkach, zdarza się jednak, że drobne niuanse urastają do skali przepaści. Gdyby pan Casti nie wykazał się ogromnymi umiejętnościami popularyzatorskimi, "Kwintet...", miast być lekturą naprawdę zajmującą, mógłby być przyjęty przez wielu czytelników raczej w kategoriach naukowego bełkotu. Na szczęście tak się nie stało!
Mamy rok 1949, Christ's College, Cambridge. Do stołu w gabinecie, jaki zajmował kiedyś sam Karol Darwin, zasiada pięciu wybitnych przedstawicieli nauk technicznych, biologicznych i humanistycznych XX wieku. Kwestia, nad którą będą dyskutować, to próba uzyskania odpowiedzi na pytanie: czy istnieją na drodze konstrukcji myślącej maszyny jakiekolwiek przeszkody natury inżynieryjnej i filozoficznej? Podkreślić trzeba, że cała sytuacja jest w stu procentach fikcyjna. Autor prezentuje interakcje między uczestnikami narady wyłącznie na podstawie znajomości ich poglądów na postawiony problem oraz własnych przewidywań dotyczących prawdopodobnej reakcji na argumenty padające z ust pozostałych naukowców.
Niebagatelne znaczenie ma tutaj również wybór osobistości, które Casti "zaprasza" na swój wyimaginowany obiad. Prowadzący spotkanie C. P. Snow jest powieściopisarzem i urzędnikiem administracji. Noblista, Erwin Schroedinger, to fizyk. Ludwig Wittgenstein reprezentuje filozofów i językoznawców. Szacowne grono uzupełniają J. B. S. Haldane - genetyk oraz Alan Turning - matematyk i kryptoanalityk. Taki dobór składu osobowego naszego obiadu zapewnia możliwie szerokie spojrzenie na postawiony problem i minimalizuje ryzyko ujęcia go w sztywne ramy jednej z nauk. Jest to próba odnalezienia odpowiedzi, ale nie pierwszej lepszej, tylko możliwie obiektywnej!
Autor imponuje sposobem ujęcia tego niełatwego problemu. Osoby uczestniczące w dyskusji są odwzorowane z wieloma szczegółami, które można by pominąć. Uwzględnienie ich dodaje jednak książce "duszę". Uwalnia ją z ram czysto naukowych dywagacji i daje wytchnienie umysłowi przytłoczonemu nadmiarem przywoływanych na jej kartach faktów. Dowiadujemy się m.in., że Turing przybywa na spotkanie mając pod marynarką górę od pidżamy. Wittgenstein ma poważne problemy zdrowotne, a dla Schroedingera główną zachętą do przybycia była nadzieja na "niezła wyżerkę i atrakcyjne damy" (!!). Choć tego typu elementy w skądinąd naukowej pozycji mogą się wydawać nie na miejscu, to właśnie dzięki nim staje się ona tak atrakcyjna.
Dzieło podzielono na rozdziały, w których kolejno rozpatrywane są różne aspekty omawianego zagadnienia. Już na początku zapoznajemy się z opisem maszyny Turinga - teoretycznego tworu dającego podstawę do stworzenia współczesnego komputera. Wyrażane poglądy dotykają szerokiego spektrum tematów - od logiki matematycznej po neurobiologię, socjologię i językoznawstwo. Szczególnie zafrapowały mnie dwie przedstawione tutaj hipotezy.
Ludzki mózg składa się z około 100 miliardów (1×1011) neuronów. Każdy z nich to prosty przekaźnik elektryczny połączony z innymi przez liczne dendryty (wejścia) i jeden akson (wyjście). Dodatkowo wiemy, że ta komórka nerwowa może być w stanie pobudzenia (logiczna "jedynka" z punktu widzenia techniki cyfrowej) i w stanie wygaszenia (logiczne "zero"). Wyobraźmy sobie, iż każda z możliwych do uzyskania przez człowieka myśli jest jakimś, stricte elektrycznym, stanem całej konstelacji neuronów. Z prostego rachunku możemy stwierdzić, że tak sformułowany układ może ich przyjąć aż 2100 000 000 000!!
Postawmy następującą hipotezę: niech wszystkie myśli, które człowiek może stworzyć w procesie poznawczym, mają swoją unikalną, predefiniowaną sekwencję omówionych wyżej zer i jedynek. Wszystko, co każdy z nas może pomyśleć, jest zaszyfrowane już wcześniej w pewnym unikalnym kodzie. Wielu z Was zakrzyknie pewnie w tym momencie: "Bzdura!". Jednak biorąc pod uwagę, jak niewyobrażalnie wielka jest liczba stanów badanego eksperymentu, trudno podać bezsprzeczny dowód na nieprawdziwość takiego twierdzenia.
Drugi ciekawy pomysł bardziej dotyczy filozofii. Zakładając odpowiedni poziom techniczny medycyny i elektroniki oraz podtrzymując powyższe założenia dotyczące neuronów, przeprowadzamy następujący eksperyment. Ingerując operacyjnie w mózg Kowalskiego, zaczynamy wymieniać każdą jego komórkę nerwową na jej elektroniczny odpowiednik w formie przekaźnika, który będzie podłączony do identycznych co poprzednik końcówek. Jeśli jaźń Kowalskiego, osobowość, jego filozoficzne "ja" i cała pamięć są przechowywane w mózgu, to czy po takim zabiegu nasz pacjent zostanie przeniesiony do maszyny? W takim wypadku jak traktować, łatwą już do uzyskania, kopię otrzymanego systemu? Czy jest to recepta na życie wieczne, czy tylko niedorzeczny pomysł szaleńca?
Powiem szczerze, "Kwintet z Cambridge" pozostawił mnie w stanie nielichej konsternacji i długotrwałej konfuzji. Wiele przedstawionych tu ciekawych pomysłów i hipotez zasługuje przynajmniej na krótką refleksję. Dodatkowo, forma podania tego, wszakże niełatwego, zagadnienia zasługuje na duże uznanie. Jak na tak niewielką objętościowo pozycję, otrzymujemy zaskakująco dużo! Ostatnimi czasy doprawdy zaskakujące zjawisko! Zdecydowanie polecam.
Kwintet w Cambridge. Owoc naukowej wyobraźni
Autor: John L. CastiTłumaczenie: Bolesław Orłowski
Wydanie polskie: 10/ 2005
Seria wydawnicza: Na ścieżkach nauki
Liczba stron: 128
Format: 140x200 mm
Oprawa: miękka
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN: 83-7469-066-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 22,00 zł





